Muzyczny towarzysz



poniedziałek, 8 grudnia 2008

4.

      Ocknął się rano skąpany w słonecznej poświacie. Przez niezaciągnięte roletami okna wpadały złote promienie, nadając blasku kołdrze i pościeli. Jesienna szarzyzna ustąpiła miejsca światłu bezchmurnego nieba, skrywając się we wczorajszych deszczowych wspomnieniach. Wyparowały kałuże wody, oddając to, co uprzednio zabrały wilgoci. I oto ta pora roku, ukazując swoje szlachetne oblicze, tchnęła w niego chęć życia. Zamanifestował ją przeciągając się z lubością.
      Leżący nieopodal rudy kot od dawna wygrzewał się w cieple roziskrzonego dnia. Leniwie, jakby od niechcenia, spojrzał jednym okiem na właściciela i miauknął.
– Przyjemnie, prawda sierściuchu?
      W odpowiedzi Długowąsy przekręcił się na drugi bok. Znać było, iż nad rozmowę przedkłada sobie wygodę, chwile niezakłóconej przyjemności. Naturą ich stosunków było wzajemne pozostawianie sobie prywatnej przestrzeni. Właściwie relacja ta miała w pełni partnerski charakter i gdyby tylko Długowąsy był kobietą, tworzyliby w pełni szczęśliwy związek.
      Wiszący na ścianie korytarza zegar wybił dziesiątą. W dużym pokoju automatycznie włączyło się radio, a spokojny głos spikera zaczął odczytywać wiadomości. Wyglądało na to, że dzisiaj na medialnym tronie królować będzie faktoid politycznego kryzysu. Dziennikarski przemysł nie próżnował i podczas gdy tajemnicą pozostawały personalia osób kreujących kryzysowe wieści, ich celem było wytworzenie napięcia, ruchu, ożywienia, stanu ciągłej uwagi.
      Informowano, dementowano, oskarżano, a on nastawił ekspres do kawy, zrobił poranną toaletę, podrapał się po pełnej zmierzwionych włosów głowie i przełączył stację. Sok pomarańczowy, jajecznica, chleb z masłem, mleko i cukier do filiżanki kawy oraz jazz wspomagający trawienie. Zestaw klasyczno-energetyczny, fit rodem z reklam, w których nie brak pięknych i szczęśliwych modeli.
      Tak właśnie posilał się przed bitwą ze znawcami sztuki, bo handel Manetem lub Kandinsky’m to walka nerwów i wiedzy. Wiadomo przecież, że degustivus non disputantum est, zaś wycena poszczególnych dzieł może budzić napięcia. Dla kolekcjonerów różnica kilku tysięcy w te czy wewte nie powinna być kwestią tak bardzo istotną, jednak w praktyce potrafią toczyć boje o każdą złotówkę.
      Myjąc zęby po posiłku, przyglądał się swemu odbiciu w lustrze. Niebieskie oczy badawczo patrzyły na twarz, która wydawała się coraz bardziej obca, rozpadając się niemalże na pojedyncze fragmenty. Każdy z nich, rozpatrywany oddzielnie, wprawiał go w zdziwienie. Za rzadko zastanawiał się nad sobą, poznając siebie raczej przez kontakty z innymi. Bowiem to w kontekście innych był dobry lub zły, czuły bądź szorstki, cichy albo pewny siebie. Uszy miał jednak nieco odstające, a brwi gęste. Tak, jedynie fizjologia dostarcza względnie pewnej wiedzy o sobie samym.
      Gdy zegar oznajmił wpół do jedenastej, pospiesznie dokończył łazienkowe czynności. Skomponował na sobie mniej więcej elegancką garderobę, zręcznie dobierając poszczególne jej części. Abstrakcjonizm, pod którego egidą stała dzisiejsza aukcja, był myślą przewodnią stroju. Fioletowy płaszcz i tego samego koloru buty na obcasach dopełniały wrażenie lekkiej nieskładności. Zamknął drzwi żegnając się posyłając szybujący pocałunek Długowąsemu.

8 komentarzy:

ange ou sorciere pisze...

chętnie tak bym się rozleniwiła dzisiejszego poranka...
a jeszcze bardziej zobaczyła ten fioletowy płaszcz ;)
a tak w ogóle to w Polsce sprzedaje się obrazy takich twórców? czy to tylko fikcja literacka?

zdegustowana pisze...

I zobaczyłam Go jak wychodzi, zamyka drzwi na klucz....
Po drodze kupuje poranną gazetę i spoglądając w niebo postanawia pójść piechotą;)

Pozdrawiam:)

Anonimowy pisze...

Lustra też potrafią kłamać. A koty uwielbiam, choć wolę czarne. :-)

~green

nimfa kurde blaszka pisze...

Czy Twój bohater jest gejem? Oj chyba nie bo marzył o tym by Długowąsy był kobietą. A może bi? Ja rozumiem, że artyści są ekstrawaganccy ale by facet chodził w fioletowych butach na obcasie, tego nie widziałam :) Płaszczyk przemilczę hehe.
Do tych kolorów rudzielca powinien wziąć ze soba na smyczy na wernisaż.
Pyszny kod: desser :)

Anonimowy pisze...

FIOLET niegdyś mój ukochany kolor ,wtedy gdy byłam młoda świeżość cery nie bała się tego koloru. teraz ,po tylu pogrzebach ,w których brałam czynnie płaczący udział ...NIE... owszem jasne lila też bywa. ŁUKASZU ,Twoja obecność mnie dopinguje i utwierdza w przekonaniu ,ze kontakt między pokoleniami jest możliwy. A nawet konieczny.Brydzia z Krakowa

margi pisze...

Kiedy już wydasz książkę ze swoją prozą, bardzo proszę - nie zapomnij o jednym darmowym egzemplarzu z dedykacją dla mnie. Potrafisz ciągnąć za oczy po swoich wersach. Chce się czytać szczegółowe opisy i opowiadania. Ale najbardziej te dogłębne rozważania prosto z duszy. Pisze bardzo bardzooo cholera dojrzale!
Podoba mi się to!

Łukasz pisze...

margi - dzięki :-) Mam nadzieję, że nie lejesz mi złocistego miodu, bo się blogowo znamy ;-)

cicho sza pisze...

zwykły dzień w zwykły poranek z najzwyklejszym kotem z poranną toaletą ... i ileż myśli szczególnie nad obrazem siebie samego w odbiciu...
to prawda , że jesteśmy poddawani ocenie i czasem własne samopoczucie zależy od odbiorców ..
tylko pytanie co dalej jeżeli już nie rozmawiam do lustra , staram się nie zauważać ani siebie ani innych ...
bo tak prościej..
pozdrawiam