Muzyczny towarzysz



Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rozważania. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rozważania. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 31 marca 2009

Kryzys! Kryzys. Kryzys?


      Nie wiem, ile dociera do Was o kryzysie, tym sławnym zjawisku, którego imię "666" (wg. religii gospodarczej), ale ja stykam się z nim niemalże codziennie.

"- wie pan... ze względu na dzisiejszą sytuację na rynku... no nie możemy, choć byśmy naprawdę chcieli."

      Ja tam nie wiem, bo ekonomista ze mnie żaden, jednak mam silne wrażenie, że "kryzys" to nie tylko zjawisko związane z mamonologią teoretyczną i stosowaną, ale przede wszystkim słowo klucz. Używa się go albo wtedy, kiedy nie chce się wprost powiedzieć: "spadaj, nie mam ochoty korzystać z Twoich usług", albo wtedy, gdy chce sie zmusić drugą stronę do spuszczenia z ceny. 

"- hmmm, tak, tak, kryzys... w takim razie przygotuję jakąś specjalną ofertę, taką awaryjną."

      Generalnie niby ten eksport zmalał, bo na Zachodzie zdesperowani bankierzy skaczą z okien wysokich wieżowców i nie ma kto kredytów za bardzo dawać, import też zmalał, bo złotówka kiepsko ciągnie, a nasi kredytodawcy, wzorem większych kolegów, zaostrzają warunki i nie wręczają już pieniędzy na śliczne oczy oraz obietnice. Ale... mamy tutaj do czynienia z masowym samospełniającym się proroctwem, gdy w obliczu "kryzysowych" doniesień medialnych, sami ludzie swoimi działaniami zakręcają sobie złoty kurek:

"- nie ma co Hania, tak ten kryzys się rozszalał, że pieniądze trza z banku wybierać, bo nam jeszcze bestia zeżre. A i kup jutro Full Extra Mocny zamiast Żywca, bo oszczędzać musim na te czasy ciemne."

      Trudno w sumie za takie zachowanie winić, wydaje się ono być racjonalne, ale strach napędza zagrożenie, zagrożenie strach i tak kółeczko się obraca - konsumpcja nadmiernie maleje, a banki mają coraz mniej kapitalu i pieniędzy do obracania. W ogóle się pokomplikowało.

poniedziałek, 29 grudnia 2008

Wyrazy bezsilności

Mam 25 lat.

25 to ćwierćwiecze. I jest to ćwierćwiecze samotności. Patetyczne

      Jedna czwarta stu lat może być jedną czwartą mojego życia. Jest jednak ona z pewnością ponad połową czasu, jaki został na znalezienie drugiego człowieka, na spełnienie potrzeby miłości. Nie mam ochoty po raz kolejny słyszeć, że miłość przyjdzie sama w najmniej spodziewanym momencie. Dobijam do punktu, w którym te słowa stają się mdłe i błahe; rzucają mnie w objęcia wilgotnych ścian lochu, nakazując czekać wśród zatęchłego powietrza na ocalenie.

      Szukam zatem. A gdy nie szukam, znajduję głęboki smutek lub frustrację. Czasami zapominam, by szukać, a wtedy nie znajduję nic, tracąc jedynie kontakt ze swoją głęboką potrzebą, której tak pragnę zadośćuczynić. Szukam również po to, by nie stawać oko w oko ze sobą, w pojedynkę przeciwko swemu jestestwu, które może doprowadzić do rozpaczy. Nigdy także nie jestem szczęśliwy, a co najwyżej zadowolony. Bywam usatysfakcjonowany, tak jak można być usatysfakcjonowanym ugaszeniem pragnienia czy zaspokojeniem pożądania.

      Przebiegam wzrokiem po tysiącach twarzy, stwarzam tysiące niewykorzystanych okazji, spotykam się z dziesiątkami. Rozmawiam, dzielę się swoimi doświadczeniami i życiem, przyjmuję doświadczenia i życie innych, lecz nadal jestem w tym samym miejscu. Brak mi jeszcze dojmującego poczucia bezsensu, lecz ono nieubłaganie musi kiedyś nadciągnąć. Pojawia się zresztą od czasu do czasu, czego wyrazem są te myśli. Nie przegrałem jeszcze z nawiedzającą mnie niekiedy udręką samotności, ale być może niedługo to nastąpi.

Z wyrazami bezsilności,
Dla innych czujących tak samo.

środa, 24 grudnia 2008

Święta i osobista ewolucja ich znaczenia

24 - 8 = 16.

Szesnaście dni od ostatniej notki, a dzisiaj Święto Bożego Narodzenia i związana z nim Wigilia. Zaraz usiądę do stołu, przełamując się wpierw opłatkiem, z moją matką, ojcem, z jego wiekową ciotką oraz z pewną panią, także już zaawansowaną w latach, która miała niegdyś wpływ na moje wychowanie. Te dwie ostatnie osoby, samotne i opuszczone przez najbliższą rodzinę, zajmują niejako symbolicznie owe czekające na niespodziewanego gościa nakrycie. Dodatkowe krzesło, którego właściwie i tak nikt nie zajmie, jeżeli sami się o to nie postaramy, i którego rola sprowadza się do poprawy samopoczucia z powodu iluzji bycia dobrym. Dobrym dla innych, tych nieznajomych, w duchu przykładnego chrześcijanina, kochającego bliźniego swego jak siebie samego.

---

Kiedyś Wigilia była dla mnie przede wszystkim, lub nawet jedynie, oczekiwaniem na prezenty. Do dzisiaj pamiętam wielką radość, której doznawałem rozpakowywując zawinięte w świąteczny papier pudło klocków Lego. Pamiętam też, jaki byłem zły z powodu nieotrzymania oczekiwanej rzeczy. Ciasta też można było się nieco najeść, posiedzieć do późna, w łózku zaś marzyć o następnym dniu, gdy będę składał klocki w spójną całość. A reszta? Rodzinne grono, życzenia, rozmowy, stanowiły przeszkodzę w osiągnięciu prezentowego spełnienia; były kompletnie niepotrzebnym elementem i wartością przeze mnie niezauważaną.

Im jednak jestem starszy, tym bardziej zaczynam doceniać rodzinną stronę Wigilii, i tym mniej interesują mnie to, co znajdę pod choinką. Właściwie do tej ostatniej kwestii zupełnie nie przykładam znaczenia, choć nie powiem, że nie jest miło coś dostać. Najbardziej jednak liczy się pamięć i życzenia, długie rozmowy przy herbacie, obecność okraszona wyjątkowym czasem. I nie jest on dla mnie wyjątkowy, ponieważ rodzi się Chrystus, lecz dlatego, że ten mój i tysiąca innych ludzi świat staje w miejscu i łączy się we wspólnej życzliwości, dobroci, uśmiechu, uwadze. Na ten jeden wieczór.

---

W te Święta życzę Wam radosnego spokoju, rodzinnej życzliwości i błogiego spełnienia.

niedziela, 30 listopada 2008

Rekama a zaufanie społeczne

      Gdy zastanawiamy się nad reklamą, nachodzą nas najczęściej negatywne odczucia. Truizmem wręcz wydaje się stwierdzenie, że jesteśmy nią bombardowani praktycznie zewsząd, uodparniając się tym samym na jej wpływ. O ile z pierwszą częścią tego zdania nie wypada się nie zgodzić, o tyle druga wynika raczej z pragnienia wiary w sprawowanie kontroli nad własnymi decyzjami. Co więcej, taki sposób myślenia sprawa, że stajemy się bardziej bezbronni wobec serwowanych nam przekazów. Szczególnie jeżeli są one skonstruowane w sposób umiejętny, czyli angażujący przede wszystkim emocje, a dopiero później (lub może wcale) racjonalne myślenie.

      Proponuję jednak odłożyć na bok kwestię tego, jakie warunki musi spełniać kampania marketingowa, by wywierała pożądany efekt (najczęściej zwiększenie sprzedaży), a zająć się jej możliwym wpływem na społeczeństwo. Przyczynkiem do rozważań w tym temacie było kilka artykułów, które ukazały się w miesięczniku „Marketing w praktyce (nr 127, wrzesień 2008). Stawiane w tym numerze za wzór metody promocji danej marki lub produktów przez nią oferowanych, skłoniły mnie to refleksji nad oddziaływaniem reklamy w szerszym aspekcie niż tylko ekonomicznym. Wiadomo bowiem, że niemalże zawsze odwołuje się ona do jakichś wartości lub norm, starając się na ich tle pozycjonować dany obiekt, a także używa różnych technik, mających na celu dotarcie do potencjalnego klienta.

      Wyżej wspomniane metody opierają się głównie na sprawieniu, aby "konsument stał się żywym nośnikiem reklamowym, który poda [...] komunikat do swoich znajomych"*. Istotne jest tutaj, aby "kampania taka była nieinwazyjna i pozwalała, by sam użytkownik się w nią sam angażował"*. W skrócie, chodzi o stworzenie warunków do zaistnienia tzw. marketingu szeptanego, gdzie informacje o produktach przekazywane są z ust do ust wśród grupy koleżeńskiej. Dzięki takiemu systemowi poleceń, produkt zyskuje na wiarygodności, a firma nie ponosi kosztów dotarcia do potencjalnego klienta. Paradoksalnie można rzec, że najlepszą reklamą jest brak reklamy, bo opinii osób zaufanych nie postrzega się w kontekście reklamy.

      Co jest w tym złego? Nic, dopóki chodzi jedynie o subiektywne opinie znajomych. Potencjalne zagrożenie kryje się w stwierdzeniu o braku reklamy jako najlepszej jej formie. Korzystanie z kanałów komunikacji, które nie uchodzą za nośniki treści reklamowych, jest wcieleniem tego stwierdzenia w życie. Znajomi, blogi (http://blogvertising.pl/), "merytoryczne" artykuły w gazetach (artykuły sponsorowane) czy pewne sytuacje społeczne, w których nie przechodzi przez myśl, że pada się ofiarą promocji jakiejś marki, są właśnie takimi kanałami.

      Idealnym przykładem powyższego myślenia jest kampania marketingowa "MTV Cribs"**. Agencja reklamowa, która miała wypromować nowy program MTV, polegający na pokazaniu wnętrz domów popularnych gwiazd, wpadła na genialny pomysł. W najbardziej uczęszczanych przez młodzież miejscach Warszawy i Krakowa rozrzuciła 4000 imitacji kluczy Mariusza Pudzianowskiego i Sidneya Polaka. "Kiedy szczęśliwy znalazca zdecydował się na telefon (zamieszczony na breloku - przyp. Łukasz), słyszał głos Sidneya bądź Pudziana, który mówił >>Cześć, tu Mariusz Pudzianowski, nie mogę teraz odebrać. Ale jeżeli przez przypadek znalazłeś moje klucze... możesz mnie odwiedzić. Zapraszam. A... i oczywiście czeka na ciebie znaleźne. Wejdź na www.mtv.pl/cribs i jako hasło wpisz mój numer telefonu. Do zobaczenia u mnie w domu<<. Następnie inny głos zdradzał szczegóły programu"**.

      To, co zachodzi w tych wszystkich przypadkach, to eksploatacja zaufania, które jest podstawą dobrze funkcjonującego społeczeństwa. Aby zapobiec erozji na tym polu, państwo tworzy przepisy prawne. Nie jest jednak w stanie ująć w ramy legislacyjne wszystkich potencjalnych możliwości. Nietrudno sobie wyobrazić co będzie, jeżeli w działaniach marketingowych zacznie się intensywnie wykorzystywać takie cechy, jak życzliwość, współczucie, chęć pomocy czy wiarę w ludzką bezinteresowność. Warto się nad tym zastanowić.

* Mirosław Połyniak "Pogadać przy reklamie", Marketing w praktyce, nr 127, wrzesień 2008
** Maciej Klimek "Klucz do domów sławnych", Marketing w praktyce, nr 127, wrzesień 2008

niedziela, 23 listopada 2008

Zima i cielesna podstawa uczuć

      Wczoraj zaczęła się zima. Nie ta kalendarzowa, lecz ta uczuciowa, wprowadzająca nastrój lekkiego smutku i przygnębienia. Wszystkie powzięte w tych dniach postanowienia łatwo rozmywają się w mroku, zanikają wśród białych drobin śniegu i szybko zapadającej ciemności. Światła samochodów, sunących po obsianej pomarańczowym blaskiem latarni nawierzchni drogi, wprawiają w jakąś dziwną nostalgię. Myśli zbyt często zatapiają się w przeszłość, nasączając ją specyficznym odczuciem pesymistycznej definitywności.

      Dopiero w tak ubarwionym świecie można odczuć nierozłączny związek między kolorytem materii a kolorytem duszy, gdzie ciepło niesie w sobie nadzieję, podczas gdy chłód odbiera ją całkowicie. Zimne dłonie stanowią nie tylko obcą i skostniałą część ciała, lecz wprowadzają niepokój, wpuszczają do emocjonalnego krwioobiegu truciznę lęku i nieokreślonej obawy. Ta więź między psychicznym dobrostanem a organicznymi wrażeniami, ustala się w okresie wczesnego dzieciństwa, kiedy to matczyna miłość wyraża się w dotyku. Poczucie bezpieczeństwa zawiera się w delikatnym głaskaniu, czułym pocałunku, odbierającym wszelkim negatywnym stanom ich moc. Kołysanie, miarowy oddech, kojący zapach tej, która jest ciągle obecna.

      Doświadczenie miłości, to doświadczenie cielesne i cielesnością, mięsistością oraz materialnością na wskroś przesiąknięte. Umysł, będący w magnetycznej mocy tego silnego skojarzenia, polega rozwojowi, wyłaniając się z głębokiej nieświadomości ku coraz bardziej dojmującemu poczuciu JA. Miłość krystalizuje się następnie w postaci matki, stając się zewnętrzna, odrębna, już nie wszechogarniająca. Dziecko, doświadczając chwil nieobecności rodzica, kreuje abstrakcyjną formę tego najwspanialszego uczucia, oderwaną od materialnego obiektu, pozwalającą utrzymać wrażenie bezpieczeństwa.

      Mimo tych zmian, pierwotne połączenie pozytywnych uczuć z cielesnością nie zanika, lecz schodzi w głąb dojrzewającego umysłu. Zima pozwala odczuć, jak silny jest to związek. Śnieżna pora roku obdarza możliwością ujrzenia, w jaki sposób wahania nastroju mogą podlegać zmianie temperatury. Delikatna siatka niewyrażalnej przyczynowości oplata nas, niepostrzeżenie wpływając na to, czego pragniemy, co czujemy i gdzie dążymy.

      W całym tym kontekście chłód stanowi doświadczenie osobiste, które bierze swój początek ze wspólnego każdej ludzkiej istocie skojarzenia. Chłód jest cielesną formą zła, pustki, braku, co ujawnia się choćby we wszystkich przedstawieniach królowej zimy, postaci nienawistnej i odrzucającej, pomimo swojego piękna. I to ona dzisiaj zaczyna swój pochód smutku oraz przygnębienia, doprowadzając naturę, a przez to także nas, do rozpaczy. Niech ciepło mleka złączone ze słodyczą miodu ma nas w swojej opiece.

wtorek, 18 listopada 2008

O tożsamości, przemianach i podstawowej dynamice

      To, kim jesteśmy wyznaczają nastroje. Potrafię być wspaniałym i niezrównanym obserwatorem życia społecznego, jak również mizernym nieudacznikiem, któremu wielkość jest obca niczym niezmierzone bogactwa. Potrafię być natchnionym poetą, trafnie oddającym odczucia niektórych współczesnych, jak również człowiekiem, któremu przez palce przeciekają szanse na odmianę własnej nijakości. Wszystko to jest w danym momencie prawdziwe. Oddać rdzeń tożsamości jest piekielnie trudno, bo kiedy obraz zdaje się już być niezafałszowanym, ucieka pod wpływem kolejnych emocji. Jakże ważne są nastroje w naszym odbiorze siebie, zmieniające nie tylko nas, ale także wszystko, co wokoło się dzieje.

      Zastanawiam się nad ludźmi, którzy są pewni siebie samych. Skąd oni czerpią siły i jakim kosztem utrzymują nienaruszoną tożsamość? Wznoszone konstrukcje mogą kiedyś runąć, a im bardziej są one stalowe, tym większy powstaje huk i tym bardziej będzie on nie do zniesienia. Może to być huk rwącego potoku, w którym od dawna uformowane ciało kaleczy się i rozpada. Aż potok zaczyna płynąć szkarłatem, woda miesza się z krwią. Nowe JA powstaje tedy z piasku, kamieni i zgniłych liści - wszystkiego, co nada mu stałość. To nowa osobowość, pomyślana ze złudzeń, nadziei i swoistego realizmu. Ludzie ze skały też mogą ulec rozbiciu.

      Zaczątki osobowościowych pewników nosimy w nas. Lepi się je powoli, pod wpływem doświadczeń, pod wpływem przeżywania świata. Hartują się trawione wątpliwościami, by przejść ostateczną próbę innych ludzi. To oni weryfikują nasze pewniki, odrzucając je bądź potwierdzając ich zasadność. Reakcje matki, ukochanej lub przyjaciela, słowem osób ważnych, są sprawą zasadniczą. Lecz nasze wizje także oddziałują na środowisko, w którym się obracamy. Ta podstawowa dynamika towarzyszy wszystkim procesom w naszej egzystencji. 

tekst wzięty z mojego poprzedniego bloga, jednak nadal wyraża to co czuję, dlatego zdecydowałem się go tu zamieścić

wtorek, 7 października 2008

Dobro i Zło. Dwoista natura.

      Czym jest Dobro i Zło? Jaka jest jego istota? Jaki jest ich status ontologiczny, to znaczy czy istnieją realnie jako zbiory przeciwstawnych sobie wartości, czy też są jedynie wytworami ludzkiego umysłu? Myślę, że ten problem nabiera w naszych czasach szczególnej wagi, ponieważ konsekwencje wynikające z jego ujęcia mogę wręcz zaważyć na losach poszczególnych cywilizacji. Bynajmniej nie przesadzam, ale też nie będę tego temu rozwijać, albowiem trzeba przejść do meritum tego postu.

      Większość osób z pewnością traktuje Dobro i Zło jako istniejące bezwzględnie, niczym platońskie idee, wiodące swój byt niezależnie od ludzkich na tą kwestię poglądów. Wydaje się, że musi je za takowe uważać prawdziwy wyznawca jakiejkolwiek religii. Wszędzie tam, gdzie pojawia się Bóg (jakkolwiek by go nie nazywać), pojawia się silne przekonanie o Dobru i Złu jako o realnie egzystujących, choć mogących przybierać różnorakie formy. Oczywiście nie musi być zgodności, co do poszczególnych ich przejawów (Zło jako Szatan) lub poszczególnych składników (jakie postępowanie wobec heretyka będzie rzeczą zbożną), co da się zauważyć w wielu sporach toczących się w obrębie tej samej wiary. Jednak rdzeń owych dwóch, rozważanych tu pojęć, pozostaje taki sam. Są, znaczy się, kwestie bezsporne.

      Charakterystyczna jest, dla psychicznej budowy człowieka, silna potrzeba wiary w nienaruszalne i niepodważalne wartości definiujące Dobro i Zło. Gdyby prześledzić historię idei, niechybnie okazałoby się, że wszystkie z nich musiały mieć za podstawę spójny system filozoficzny lub teologiczny, aby nadawały się do zaakceptowania. Każde Dobro, a w konsekwencji dające się z niego wyprowadzić Zło, musiało mieć za wsparcie rzeszę przekonywujących myślicieli. Konfucjusz, Platon, Jezus, Mahomet, św. Tomasz z Akwenu, Locke, Rousseau, Kant – postacie te, przynajmniej ze słyszenia, są znane chyba każdemu. Konsekwencji propagowanej przez nie wizji ludzkiej moralności, do dzisiaj widoczne są w różnorakich dyskusjach.

      Jednakże powstałe stosunkowo niedawno (bo czymże jest te niecałe 250 lat obliczu 5-6 tysiącleci cywilizacji) nauki humanistyczne przedstawiają inny pogląd na kwestię Dobra i Zła. Biorąc człowieka za główny przedmiot analiz, nieświadomie raczej otworzyły furtkę do relatywizacji wartości. Nieświadomie, bowiem z początku ludziom epoki XVIII wieku, świat bez dogmatów w zakresie moralności był nie do pomyślenia. Mimo pewnych pęknięć na murach instytucji Kościoła Katolickiego (sprawa Galileusza, Kopernika czy późniejsza Darwina), wiara w Boga, i w konsekwencji w szereg trwałych wartości, była nadal silna. Ateizm wyznawało niewiele ludzi, choć niepodobna zaprzeczyć ich istnieniu. Jasnym zatem było istnienie Dobra i Zła jako czegoś niezależnego od człowieka.

      W pewnym momencie, może pod wpływem poważniejszego potraktowania moralności zrodzonej w innych kulturach, a może dzięki uważniejszemu przyjrzeniu się własnym społeczeństwom, cywilizacja zachodnia zaczęła kwestionować własne wartości. Psychologia stawiała pytania o proces kształtowania się moralności u jednostek. Rozważania Freuda w temacie społecznej konstrukcji Superego (inaczej sumienia), mającego hamować grzeszne impulsy zwierzęcego Id, oraz koronne odkrycie behawioryzmu, czyli mechanizm warunkowania, coraz mocniej uświadamiały doniosłą rolę społeczeństwa w kwestiach Dobra i Zła. Także socjologia, wspomagana przez antropologię, zaczęła śmiało operować terminem „kultura”, sugerującego iż normy i wartości są pochodną społeczeństwa, jego wytworem.

      Wobec wielości różnych kultur, będących wynikiem geograficznych odkryć, oraz humanistycznego podejścia do „dzikusów”, zrodziło się pytanie: dlaczego stawiamy nasze wartości przed wartościami tych Innych? Bo zostaliśmy tak wychowani, taka byłą nasza socjalizacja, wśród tych wartości przebiegało nasze dzieciństwo. A dalej: być może moralność jest tylko konsekwencją wpływu ważnych dla nas osób, a wartości nie istnieją bezwzględnie i są tylko wytworem? W ten sposób dochodzimy do postrzegania Dobra i Zła jako wynalazków, a nie odkryć, jako konstrukcji społecznych, a nie obiektywnie istniejących bytów. Praktycznym przejawem takiego podejścia (idąc za przykładem z książki „Niemoralna demokracja” Zbigniewa Stawrowskiego), są założenia demokracji liberalnej, naszej demokracji, w której moralność jednostki jest jej indywidualną sprawą. Istnieją oczywiście pewne nienaruszalne granice, ale tylko czekać, aż i one się posypią.

      Oczywiście nie odpowiedziałem na pytanie postawione przeze mnie na początku. Nie jestem filozofem, bo chyba te kwestie winni rozważać jedynie oni. Po prostu obserwuję świat, zastanawiam się nad nim i mam nadzieję, że skłoniłem Was do refleksji w tym temacie. Nie wiem ilu z Was dotarło do końca – mój styl pisania jest teraz pod silnym wpływem Tomasza Manna i jego „Czarodziejskiej góry”, co nadaje mu pewnej rozciągłości i skłonności do przetykania zdań pobocznymi wstawkami… zatem czym jest Dobro i Zło?

poniedziałek, 22 września 2008

Rozmyślania nad poezją

      W ostatnich miesiącach największym moim przewinieniem wobec World Wide Web jest niewybaczalnie mała ilość publikowanych postów. Pomimo stanowczego przedsiębrania codziennych postanowień oraz odmalowywania w myślach imponujących konstrukcji słowych mających wyrazić moje refleksje, wszystkie postanowienia ulatują gdzieś po powrocie do domu. Największym bodźcem do napisania czegokolwiek są książki, a ostatnio beletrystyka. Kwitną tedy we mnie dawno już porzucone marzenia o stworzeniu jakiegoś literackiego dzieła. Nie inaczej sprawa ma się z poezją i wersami wlatującymi mi do głowy wraz z podmuchami wieczornego wiatru, kiedy miło wymawia się współbrzmiące ze sobą słowa. Cóż jednak zrobić, gdy wszystko to rozpływa się lub ulega wyhamowaniu podczas próby zanotowania płynących myśli.

Pozostanę na razie przy poezji.

      Swojego czasu, nie tak dawno temu, poznałem pewnego pięknoducha. Adam Zdrodowski jest w trakcie robienia doktoratu, bodajże z filologii angielskiej, oraz zajmuje się tłumaczeniem tekstów z języka studiów na ojczysty. Wydał już dwa tomiki wierszy i został zauważony w środowisku. Niestety, nie za wiele rozeznaję się w temacie i nie jestem w stanie ocenić jego utworów. Zresztą czy w dzisiejszej postmodernistycznej rzeczywistości słowa pisanego, jakakolwiek w miarę obiektywna krytyka danego autora jest możliwa? Zaczęło się od Jamesa Joyce'a, przez mocno grafomańską prozę Schulza oraz nieposklejane obrazy Kundery, do dzisiejszych eksperymentów w formie i treści. Pomimo to każdy z nas stara się wyrazić jakiś pogląd, osądzić co widzi lub czyta. I choć niekoniecznie wynika to z chęci zrozumienia, a częstokroć nawet z niemożności owego zrozumienia, warto się zastanowić, w jaki sposób odbierać dzieło, by dojść do meritum.

      Jako że ostatnio zacząłem przeglądać blogi pełne poezji, takie jak "Bezgłośnie", "Świat nie istnieje" lub "Ange ou sorciere", zacząłem zastanawiać się, jak należy wiersze czytać i czy w ogóle należy? Czy interpretacja ma sens, a jeżeli nie, to co jest istotą tych utworów? W gruncie rzeczy te same pytania zadać można by było w stosunku do jakiegokolwiek wytworu rąk i umysłów ludzkich, zdolnych do bycia określonymi jako sztuka. Niezwykle ciekawiło mnie zatem zdanie doświadczonego pięknoducha, który miał do tego skłonności teoretyczne w dziedzinie literatury. Według Adama istotą wierszy nie jest ich próba ich zrozumienia, wyłuskania sensu czającego się za wersami, a jedynie odbiór estetyczny. Estetyczno-emocjonalny. W tym poglądzie rzecz ma się tak, jak oglądanie obrazów sztuki nowoczesnej, kiedy widz skupia się nie na treści, lecz na formie, przyjemności (bądź obrzydzenia) czerpanej z percepcji figur geometrycznych i kolorów.

      Jednakże taki odbiór wierszy, jak prawił Adam, jest niezwykle trudny. Wynika to z faktu, że słowa zawsze posiadają znacznie silniejsze znaczenie niż kwadrat bądź biel, komunikują więcej. Czerwień może być symbolem erotyzmu, miłości, fizycznej rany itp. Używa się jej jednak przeważnie do barwienia różnego rodzaju powierzchni, która to barwa nie wnosi nic do naszej wiedzy o owych przedmiotach. Czerwona sukienka, ściana, kanapa lub fryzura nie znaczą raczej niczego innego niż gdyby były niebieskie bądź fioletowe. Za to słowa i owszem, one zawsze coś znaczą. To właśnie jest główny problem w odczuwaniu wartości "plastycznej" poezji, jej estetyczności i emocjonalnych drgań odczuwanych przy każdym wyrazie. Tak jak muzyka, której nie da się racjonalnie zanalizować po znaczeniach poszczególnych dźwięków, ale pobudza nastroje i wprowadza w odpowiednie stany duszy.

      Ale gdyby odsunąć takie pojmowanie istoty wierszy i skłonić się raczej ku zdaniu o ich znaczeniu treściowym, pojawia się ciekawa możliwość. Zastanawialiście się kiedyś, czy poetą nie jest przypadkiem ten, co tworzy dzieła, lecz ten, co je czyta? Bowiem to nie wiersz niesie samoistny sens, lecz my mu go nadajemy. I jest on zawsze sensem naszym, naszym pięknem i naszymi emocjami.

P.S. Zachęcam do zapisywania się do kanału RSS ("Zawiadomienia o nowych postach"), bo wtedy automatycznie zostaniecie powiadomieni o każdym nowym poście, jaki pojawi się na blogu.