Niedawno wróciłem z przyjemnego kinowego wypadu z pewną kobietą. Tytułowy film spodobał mi się na tyle, że postanowiłem nieco o nim napisać. Kiedyś co prawda tworzyłem recenzje, również na blogu (dajmy na to TUTAJ), jednak przestałem. Ruchome obrazy przestały pociągać mnie na tyle, by silić się na spójną, internetową refleksję. Mimo wszystko "Millennium..." warte jest kilku choć słów z prostego, prozaicznego powodu - jest po prostu dobre. Poza tym mam ochotę postukać w klawisze. Nieco przydługi ten wstęp, prawda? Zaczynamy.
Na początku trzeba koniecznie zaznaczyć, iż bynajmniej nie jest to film o smutnej subkulturze zwanej "emo". Plakat przedstawia młodą, 24-letnią kobietę, nie zaś emo-chłopaka, jak sam z początku myślałem. I to całkiem urodziwą kobietę, choć w przeciwieństwie do produkcji z Świetodrewna, fakt ten nie gra za aktorkę. Tytuł także jest mylący, bowiem wbrew moim założeniom co do treści, fabuła nie jest zamieszana w kwestie antyfeministyczne. Rzekłbym nawet, iż bardziej trafnym zdaniem byłoby: "Millennium: powody, dla których kobiety mogą nienawidzić mężczyzn".
Obraz jest przede wszystkim uwikłany w dobrą powieść detektywistyczną a'la Agata Christie. Mamy zatem śledztwo dotykające prominentnej rodziny ze świata biznesu, powolne rozwiązywanie skomplikowanej zagadki, tropy prowadzące w ślepe uliczki oraz genialne przebłyski zrozumienia popychające sprawę do przodu. Dwaj główni bohaterowie, niesłusznie skazany za zniesławienie dziennikarz śledczy oraz młoda (choć z ciężką przeszłością) specjalistka od wyszukiwania informacji, podczas poszukiwań zaginionej w latach 60. kobiety natrafiają na przerażającą tajemnicę.
Jednakże pasjonująca zagadka, choć najistotniejsza dla przebiegu akcji, nie stanowi jedynego tematu. Równie ważny jest tutaj wątek dotyczący roli kobiecej, czyli Lisabeth Salander. Oddelegowany do opieki nad nią nowy kurator wprowadza do filmu zagadnienie przemocy wobec płci pięknej (nie lubię tego określenia, choć to przydatny synonim). Przemocy seksualnej, ukazanej w sposób dość drastyczny. Mamy również i przemoc domową, w wyniku której Lisabeth została zepchnięta na społeczny margines. Więcej jednak zdradzać nie będę.
Akcenty nazistowskie, łączone w całość puzzle tropów, szowinistyczna nienawiść, romans, rozliczenia z przeszłością, skandynawski klimat... to tylko niektóre smaczki do znalezienia w "Millenium...". Cóż, ja bynajmniej się nie nudziłem.
