Muzyczny towarzysz



Pokazywanie postów oznaczonych etykietą społeczeństwo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą społeczeństwo. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 29 listopada 2009

Naczelny Antyfacet Rzeczpospolitej Polskiej




      W dzisiejszym poście chciałbym Wam zaprezentować dość ciekawą osobę. Marcin Boronowski, wykładowca Uniwersytetu Wrocławskiego, jest nietypowym mężczyzną. Jego wyjątkowość polega na tym, iż ubiera się w kobiece stroje, choć nie jest ani transseksualistą, ani transwestytą. Ów wybór podyktowany jest względami ideologicznymi, sprzeciwem wobec norm kulturowych dotyczących ostrego podziału na płcie, między innymi w zakresie odzieży. Antyfacet sprzeciwia się jakimkolwiek objawom seksizmu nałożonego na męskie role społeczno-kulturowe, nie tylko dotyczącego szat zdobiących człowieka, ale także wszelkich oczekiwań stawianych ludziom wyłącznie na podstawie ich przynależności płciowej.

      Tutaj macie krótki materiał z TVP Wrocław z 01.IV.2008 r., czyli osiem lat po pierwszym wyjściu na ulicę w wysokich obcasach i spódnicy:



      Logika jest prosta - skoro istnieje społeczne przyzwolenie na to, by kobiety chodziły chociażby w spodniach, wkładały krawaty, tudzież glany lub bezpłciowe sportowe buty, to z jakiego powodu mężczyźni nie mogą nosić sukienek lub szpilek? Do tego, jak argumentuje Antyfacet, męski ubiór posiada znacznie mniej walorów użytkowych (niewygoda), jest mniej zróżnicowany w materiałach lub wzorach, a w butikach panowie mają zawężony wybór do kilku standardowych projektów. Szczerze mówiąc, ubóstwo wyboru podczas kupowania ciuchów zawsze mnie nieco irytowało. Czy taki stan rzeczy ma znajdować usprawiedliwienie w kulturowym fakcie, iż kobiety bardziej lubią się stroić? Natomiast, o ironio, większość znanych projektantów to mężczyźni. I to oni kreują trendy, decydują ma się nosić w tym sezonie.

      Na Antyfaceta ludzie reagują w najlepszym wypadku obojętnością, zaś w najgorszym agresją. Pierwsze to kurtuazyjne milczenie tych, których nie stać na bardziej zdecydowaną reakcję, ujawniającą prawdziwe nastawienie do osoby łamiącej genderowe normy. Ostatnie to przejaw zdecydowanego oporu przed czymś, co nie mieści się w zabudowanym murem zasad łbie, a obraźliwe słowa lub przemoc to jedyny sposób na poradzenie sobie z rozdźwiękiem dostarczanym przez zróżnicowaną rzeczywistość. Zresztą Marcin prosił już o ochronę policji, jednak został chyba zignorowany. Zastanawiam się, czy osoba doświadczająca np. ostrej dyskryminacji ze względu na kolor skóry zostałaby w naszym państwie tak samo potraktowana.

      Dzięki takim XX-wiecznym ikonom kultury, jak Marlena Dietrich lub Coco Chanel, kobiety uzyskały swobodę w doborze swoich strojów lub sposobu bycia. Wielki wkład w tej ewolucji miał ruch feministyczny, wygłaszający postulaty równości płci w szerokim zakresie (chociaż zaczęło się od dostępu do edukacji oraz prawa głosowania w wyborach). Takim sposobem paniom wolno prawie wszystko to, co panom (chociaż niektóre zachowania nadal spotykają się z naganą społeczeństwa), jednak nie odwrotnie. Dobrym przykładem jest tu jeden z moich znajomych, który zaczął studiować pielęgniarstwo. Zrezygnował po roku z powodu betonowego oporu wykładowców, stanowczo twierdzących, że zawód ten przeznaczony jest wyłącznie dla kobiet.

      Tak jak feministki, tyle że z innym biegunem, Marcin Boronowski sprzeciwia się "ufacetowieniu" mężczyzn, czyli włożeniu ich w sztywne ramy społeczno-kulturowe, ograniczające dostępne ubiory, zawody, zachowania, sposoby modelowania ciała itp. Jak sam mówi

Nie jestem przeciwko męskości, ale przeciwko jej sprymitywizowanej wersji, którą można określić mianem facetyzmu. Nie jestem też skonfliktowany ze swoją męską tożsamością. Ale rozumiem ją jako swobodę zainteresowań i postaw, odrzucam jedynie stereotypowo narzucone mężczyznom obszary zainteresowań.

      Nie wiem jak Wy, ale ja Antyfaceta popieram. Nie jestem skłonny nosić wysokich obcasów (choć uwielbiam, gdy robią tak kobiety) lub zakładać spódnic, lecz posiadam wiele cech psychicznych przypisanych do kobiet. Tak wykazał psychologiczny test na płeć mózgu, a i sam postrzegam siebie w ten sposób. Przyznaję, że niekiedy odczuwam ograniczenia co do ról męskich, co do przypisanej tej płci konstrukcji genderowej. Niestety, to nietypowo (w perspektywie dotychczasowych norm społecznych) pojmowane równouprawnienie potrzebuje jeszcze sporo czasu na osiągnięcie tego, co zdołał osiągnąć feminizm, choć pewne znaki już się pojawiają - np. metroseksualność. Ale to długi temat... i co sądzicie o Naczelnym Antyfacecie Rzeczpospolitej Polskiej?


Do poczytania:
  1. polscy faceci w szpilkach, reportaż Malwiny Lamch i Dawida Zielkowskiego
  2. antyfacet na szpilkach, wywiad Marioli Szczyrby
  3. Strona Antyfaceta

wtorek, 24 listopada 2009

"do czego byście się nikomu nigdy nie przyznały"

      Jakiś czas temu natrafiłem na bardzo ciekawy wątek na forum kafeteria.pl, którego tytuł brzmi właśnie "do czego byście się nikomu nigdy nie przyznały". Jego założycielką jest nie kto inny jak kobieta, a wpisy również pochodzą od kobiet. Nic zresztą dziwnego, bowiem płeć ta nadal posiada silne inklinacje do wymieniania się sekrecikami. I to właśnie owe tajemnice stanowią główną siłę przytoczonego przeze mnie wątku, ukazującego ciemną stronę porządnego społeczeństwa. Zresztą jest to również bezpardonowy przykład przemożnego wpływu poczucia anonimowości w sieci. Przytoczę może tutaj kilka wypowiedzi obrazujących zachowania (takie co bardziej ciekawe lub obrzydliwe), do których nigdy by się owe panie nie przyznały.

  • Masturbowałyśmy się z kuzynką przy pomocy nogi od lalki;
  • Po pierwsze to parę lat temu jak miałam 20 lat pracowałam w burdelu 3 dni.Obecnie mam męża i jak pojechał to znowu pojechałam do agencji na parę dni;
  • Z moim chłopakiem pisze na GG pewna dziewczyna, są dla siebie przyjaciółmi - ona mu się zwierza, a on jej mówi o swoich wątpliwościach, pyta o rady etc. Tylko, że mój chłopak nie wie, ze tą dziewczyną jestem ja.... . Dzięki temu wiem wszystko, co o mnie sądzi. Wredne, ale cóż... (wg mnie wyjątkowo okropna sprawa);
  • Całkiem niedawno jak byłem pijany u kumpla na imprezie i jak leżałem w łóżku on chciał mnie przelecieć ( i chyba nawet to zrobił) jeszcze pary razy później chciał to zrobić ale mu na to nie pozwoliłem - raz rozebrał się całkowicie ale wyrzuciłem go na golasa za drzwi z ubraniem na klatkę schodową. Do dziś nie potrafię z tym żyć (facet dla odmiany)!!;
  • Włamuję się ludziom do kont pocztowych (jestem dobra w zgadywaniu haseł) i sledze korespondencje / znam hasło na skrzynkę pocztową koleżanki, regularnie przeglądam jej pocztę (po tej wypowiedzi zmieniłem sobie wszędzie hasła);
  • Jak przymierzam ciuchy w sklepie a akurat mi ekspedientka nie pasi to w przymierzalni tymi ciuchami wycieram sobie pipkę a czasem i wewnętrzną stroną ciucha srake sobie wytrę (lepiej uważać, co się przymierza).

      Resztę możecie sobie doczytać w wątku. Można dowiedzieć się, do czego ludzie są naprawdę zdolni. Gdy uświadomię sobie, jakie rzeczy potrafią robić zamężne kobiety (z pewnością mężczyźni im nie ustępują), to odechciewa mi się wchodzenia w jakikolwiek związek małżeński. Kiedy przejrzycie sobie tylko kilka stron spośród 190 (dodam, że wątek nadal jest aktywny, a ostatni wpis pochodzi z dzisiaj), możecie doświadczyć dziwnego uczucia zawiedzenia się... przynajmniej ja tak miałem. Nie było ono nakierowane na konkretną osobę, po prostu szybowało gdzieś w mojej głowie...

      Co więcej, czytając te wszystkie wpisy, można zaobserwować swój poziom tolerancji dla pewnych rzeczy. Na ile sami jesteśmy wyzwoleni seksualnie lub obyczajowo, i co takiego jest dla nas normalne, lecz dla innych stanowi powód do stworzenia głębokiej tajemnicy, skrywanej w tych ciemniejszych zakamarkach własnej przeszłości. Niech za przykład posłuży następująca wypowiedź:

  • (...) no i nie wie (jej mąż), że sobie sama robię dobrze jak jestem sama w domu (chyba by zawału dostał i nie odzywał się do mnie przynajmniej kilka dni)

      Kimże jest mężczyzna, który zareagowałby w ten sposób, gdyby dowiedział się o praktyce masturbacji żony? Wiernym i zagorzałym czytelnikiem biblii oraz moralnym konserwatystą? Uważam, iż onanizm to rzecz całkowicie naturalna i nie mam żadnych problemów, by przyznać się, że również to robię. Oraz kilka innych rzeczy, które być może byłyby dla wielu szokujące lub nie do zniesienia. Cóż, jak widać wiele jest rzeczywistości, o czym można się dzięki tytułowemu wątkowi przekonać. 

      Jak zauważyłem dzięki Google, takie tematy są dość popularne na dużej liczbie forów kobiecych i spełniają jeszcze jedną, ważną funkcję. Oprócz swoistego "ulżenia sobie", dają również możliwość stwierdzenia, iż jest się takim, jak inni lub przynajmniej mniej nienormalnym niż się do tej pory uważało:

  • Świetny temat!!a ja myślałam ze jestem nienormalna;
  • Dobrze że nie tylko takie dziwolągi jak ja chodzą po tym świecie;
  • Znaczy, jestem normalna!  A już się bałam!
      Mimo wszystko w świecie pełnym pozowanego indywidualizmu, stawiania go na piedestale marzeń, ludzie nie za bardzo chcą się wyróżniać. Lepiej wiedzieć, że również inne kobiety smarują sobie łechtaczki (miodem, tłuszczem), by lizał to potem pies, zdradzają męża z jego najlepszym przyjacielem oraz kumplami z pracy lub rzygają jak koty na imprezie, a potem uprawiają seks grupowy. 

  • ok spadam! Trzeba założyć maskę dobrej zony i przytulic się do męża.

czwartek, 6 sierpnia 2009

Aaa, dżuma płucna!

      Chcę Was powiadomić, choć może już wiecie, że nadciąga kolejna śmiertelna choroba! Wściekłe krowy dawno już ochłonęły, ptaki z grypą wzbiły się ku przestworza niebytu, a choć świnie jeszcze nieco straszą, to stały się już dość nudnym tematem. Niedługo bowiem pojawi się szczepionka (firma farmaceutyczna, która ją opracuje, nieźle się na tym obławi) i będzie po sprawie. Jednak dżuma płucna... to jest coś!

      A jest to coś, bowiem 3 sierpnia podano, iż w Chinach zamknięto całe 10-cio tysięczne miasto, z powodu śmierci dwóch osób i 10 zarażonych (źródło). Widać tam panikują bardziej niż u nas. I nie bezpodstawnie, gdyż już następnego dnia po wiadomości w Interii, serwis informacyjny Panorama Internetu podaje, że w Ziketan (tym samym mieście) zmarła JUŻ trzecia osoba (źródło). Natomiast jeszcze wcześniej (2 sierpnia) na Sfora.pl pojawia się skrót artykułu z zagranicznego Daily News, w którym można dowiedzieć się, iż dżuma płucna jest "śmiertelną i niezwykle zaraźliwą chorobą" (źródło).

      Cóż, inne serwisy na razie nie podłapały panicznych tonów w tym temacie, choć jeżeli dżuma zabije jeszcze dwie osoby, to może zaczną walić w tarabany. Szczególnie, że ChRL to grubo ponad miliard mieszkańców o szczególnie dużym ich zagęszczeniu na terenach miejskich więc... szansa epidemii dość spora. W dodatku pewnie ich Ministerstwo Zdrowia nie stoi na szczególnie wysokim poziomie w kwestii radzenia sobie z tego typu zagrożeniami. Więc jeśli wracasz z Chin i masz złe samopoczucie, bóle mięśni, gorączkę, kaszel i zdarza ci się pluć krwią, to szybko spisz testament.

poniedziałek, 13 kwietnia 2009

Świąteczne refleksje na temat polskiego katolicyzmu

      Poniedziałek wieczór. Ostatni dzień dwudniowego święta. Na Polsacie "Szklana pułapka III", szaleńcza jazda po ulicach, hmmm, Nowego Jorku? Sensacyjny akcent na zakończenie "najstarszego i najważniejszego święta chrześcijańskiego upamiętniajacego zmartwychwstanie" (Wikipedia). Bo czym tak naprawdę jest Wielkanoc i co konkretnie upamiętnia? I ilu, pytam się, ilu z Polaków, uważających się w 95% za katolików (źródło), ma o tym jakiekolwiek pojęcie ponad to, że nie idzie się w poniedziałek do pracy? Niewielu.

      Ja też w sumie jestem laikiem w tych kwestiach, żeby nie było. W kościele byłem, bo ja wiem... lata temu tak naprawdę. Za to wczoraj i przedwczoraj widziałem dwa filmy upamiętniające umywanie rąk przez Piłata, bo gest ten i jego znaczenie mocno wbił się do głów. Może jednak się mylę. Swoją drogą ciekaw jestem, jak wypada wiedza Polaków na temat katolickich prawd wiary. I tak na przykład tylko 26% katolików posiada poprawną wiedzę odnośnie Jezusa, zaś 32% osób nie posiada Biblii (źródło). Co więcej, tylko 20% spośród 1000 badanych umie wymienić 10 przykazań, a ponad 30% nie zna żadnego (źródło)!

      Wobec powyższego nie dziwi mnie fakt, że na portalach ateistycznych czy racjonalistycznych (ratio contra fides) często kpi się z wiedzy i sposobu argumentowania przeciętnego katolika. Rzecz ma się pewnie tak, jak ma się twierdzenie, iż "JPII mądrym człowiekiem był" a czytanie jego dzieł. Pozostawia to we mnie jakieś poczucie niesamaku odnośnie epatowania wiarą, używanie argumentu o praktykującej większości, która raczej ślepo bierze stronę Kościoła w kwestiach osobistych i ważnych dla wielu ludzi (aborcja, eutanazja czy in vitro), nie zastanawiając się nad ich znaczeniem, tak jak nad znaczeniem Paschy.

poniedziałek, 6 kwietnia 2009

HIV/AIDS i społeczny ostracyzm


      Mimo iż Polska mieści się w Europie, a także jest członkiem Unii Europejskiej, pozostało jeszcze wiele tematów, w których należałoby gruntowniej wyedukować obywateli. Bo choć poziom wiedzy z zakresu nauk humanistycznych lub ścisłych nie jest taki zły, to jeżeli chodzi o podejście do kwestii związanych z szacunkiem dla drugiego człowieka, empatii w stosunku do niego, czy też zrozumienia dla położenia, w jakim się znalazł, to jest zaskakująco źle. Nie tylko mam tu na myśli problemy z tolerancją, ale przede wszystkim ze stereotypowym i błędnym myśleniem, które może sprawić, że dla niektórych osób życie jest klatką z żelaznymi prętami.

      "Polacy z HIV boją się swoich sąsiadów" – to tytuł artykułu, który znalazłem na Dziennik.pl (źródło z innej strony, bo link do Dziennika nie wchodzi). Wywiady, które przeprowadziły autorki artykułu z nosicielami HIV lub osobami chorymi na AIDS, świadczą o realnej izolacji ludzi doświadczających tego problemu. Od zakażonych nie tylko odwracają się zwykli ludzie, ale także członkowie rodziny czy przyjaciele. Co więcej, do samej choroby nie potrafią również podejść w odpowiedni sposób lekarze, u których profesjonalizm przegrywa w walce z uprzedzeniami. Jeżeli nawet osoby pełniące funkcje odpowiedzialne społecznie, mające za zadanie nieść pomoc zgodnie z przysięgą Hipokratesa, nie są w stanie podejść do problemu bez negatywnych, bezzasadnych stereotypów, to jak można normalnie żyć z tą chorobą?

      Strach przed ujawnieniem problemu jest niezwykle silny. Aga, prawniczka z Warszawy, która udzieliła wywiadu do artykułu dziennikarzowi z Wiadomosci24.pl, używa nawet sformułowania "społeczne samobójstwo". HIV/AIDS to sekret, który trzeba pieczołowicie ukrywać, bo może zniszczyć życie i więzi społeczne z innymi ludźmi. Jest niczym średniowieczny trąd. Jak można przeczytać w raporcie Czerwonego Krzyża o ogólnoświatowej Kampanii "Prawda o AIDS. Przekaż ją dalej", w odbiorze społecznym osoby z HIV/AIDS „"są postrzegane jako wyrzutkowie, niezasługujący na wsparcie, współczucie czy choćby zainteresowanie". Pamiętam też programy, w których można było zobaczyć, jak silnie buntuje się lokalna społeczność, przed otwarciem ośrodków pomocy dla osób zakażonych.

      Te wszystkie postawy stoją w jawnej sprzeczności z deklaracjami, które można znaleźć w badaniu z 2001 roku "Postawy Polaków wobec chorych na AIDS", autorstwa dr hab. Zbigniewa Izdebskiego. 71% badanych wyraziło przekonanie, że osobom zakażonym HIV powinno się pozwolić dalej pracować, zaś 56% stwierdziło, że opiekowałoby się osobą chorą na AIDS. Dlaczego w takim razie realne zachowania, reakcje, są zasadniczo odmienne. Przeglądając te wyniki przypomina mi się pewien cytat, iż człowiek "nie zachowuje się tak, jak mówi, nie mówi tego, co myśli i nie myśli tego, co czuje". I choć odnosi się on do badań rynku, to można go tu z powodzeniem zastosować.

      O tym, jak głęboko sięga lęk przed HIV/AIDS, czyli samym wirusem i chorobą, którą powoduje, świadczą odczucia osób podejrzewających u siebie zakażenie. Bo mimo lekką ręką deklarowanej tolerancji i rozumiejącego podejścia do chorych, wielkość obawy przed byciem dotkniętym owym piętnem świadczy o realnych postawach rozpowszechnionych w społeczeństwie. Tytuły wątków, i ich treść, na forum poświęconemu HIV/AIDS "Plus i minus", zakładanych przez ogarniętych wizją zakażenia mówią same za siebie: "błagam o pomoc, jestem na skraju wyczerpania", "proszę pomocy!" lub "oszaleję".

      HIV/AIDS to fobia, to starotestamentowy Lewiatan, symbolizujący wszelkie zło. Tą chorobą nie da się zarazić poprzez podanie ręki, ukąszenie komara, używanie tego samego ręcznika czy choćby pocałunek. W gruncie rzeczy nawet podczas kontaktu seksualnego trzeba się postarać o zakażenie. Jednak czym są te informacje wobec wizji śmierci, dożywotniego wyroku, na jaki można zostać skazanym. Jednak łatwiej jest obracać się plecami czy lżyć dotkniętych chorobą, niż znaleźć zrozumienie i pomyśleć, że przez swoje własne, lekkomyślne zachowanie, można stać się nosicielem.

piątek, 3 kwietnia 2009

Szafiarki

      Internet jest ojcem wielu zjawisk. Pozwolił na natychmiastowe przekazywanie wiedzy, rozmowy tekstowe w czasie rzeczywistym, bezproblemowe wyszukiwanie potrzebnych informacji, szybkie wykonywanie różnorodnych operacji (bankowych, handlowych itp). Za rewolucją komunikacyjną i technologiczną, masowo podążają zjawiska społeczne, co przejawia się m.in. powstawianiem grup zreszonych wokół pewnych zainteresowań, podzielanych przez osoby mieszkające często setki kilometrów od siebie. I jedną z takich społeczności są tzw. Szafiarki.

      W skórcie chodzi o ideę wyciągania z szafy różnorodnych ciuchów, łączenia ich w ciekawe zestawy i fotografowania się w nich. Ostatni punkt jest najważniejszy, bo przede wszystkim chodzi o to, aby się pokazać. Motywacje z pewnością są różne, jak choćby potrzeba bycia docenioną lub chęć zainspirowania innych, a i może zdobycia nieco sławy, jak miało to miejsce w przypadku pierwszej szafiarki świata, która zbiła niemałą fortunę na tym pomyśle. Najważniejsza jednak wydaje się chęć wyrażenia oporu przed zachłannym i szybko zmieniającym się rynkiem mody.

" (...) to dobry trend, sprawia, że dziewczyny niesamowicie się rozwijają, rozszerzają swoją wiedzę nie tylko o modzie, ale również swoje umiejętności techniczne dotyczące obróbki zdjęć, obsługi różnych programów i ich funkcji." [latająca_pyza]

      Społeczność szafiar jest naprawdę spora i funkcjonuje wyłącznie za pomocą blogów. Na "Polskie Szafy" można znaleźć spis wszystkich oficjalnie do niej należących blogów, uporządkowanych alfabetycznie, od A do Ż. Posiadają one także własne forum, liczące sobie około 150 uczestniczek. Niekiedy też odbywają się ogólnopolskie lub lokalne spotkania, przyciągające wiele osób, lub podejmowane są akcje, jak choćby "Szafiarska akcja wędrowna". Społeczność jest na tyle silna i posiada dobrze ugruntowaną pozycję, że na panewce spaliła próba zrobienia specjalnego serwisu poświęconego szafiarkom- www.szafiary.pl.

      Wszystkie te przedsięwzięcia silnie spajają grupę i przypuszczam, że niedługo w Polsce powstanie lobby mające wpływ na trendy w modzie. Być może były już podejmowane próby wciągnięcia społeczności szafiarek w tworzenie kolekcji dużych sklepów odzieżowych, jednak sam o tym nie słyszałem. Nie słyszałem także o szafiarzach, mężczyznach pokazujących się w skomponowanych przez siebie zestawach. Przykłady można pewnie znaleźć na Zachodzie - TU - ale w polskim necie szukałem na próżno...

      Który facet podejmie to wyzwanie?

czwartek, 4 grudnia 2008

Świąteczny Stół Pajacyka

Polska Akcja Humanitarna, która jest właścicielem strony pajacyk.pl, organizuje akcję dobroczyną pt. "Świąteczny Stół Pajacyka". Na czym rzecz polega? Otóż 7 grudnia, czyli już w tą niedzielę, w wielu restauracjach, które zaangażowały się w to przedsięwzięcie, będzie można zjeść sobie zmaczny obiad bądź kolację i tym samym pomóc urządzić potrzebującym dzieciom Święta. Tego dnia bowiem niektórzy właściciele lokali gastronomicznych przeznaczą 10% swojego obrotu na rzecz dzieci niedożywionych. Spis wszystkich pomagających restauracji znajduje się pod TYM adresem, wraz z podziałem na poszczególne miasta.

Cieszy, że z roku na rok (bo jest to już 7. edycja) przybywa lokali. Myślę, że to się po prostu opłaca, pomimo tak wysokiego procentu dochodów oddawanych na dobroczynny cel. Ale żeby opłacało się jeszcze bardziej, akcja powinna być jak najbardziej nagłośniona. Ja dowiedziałem się o niej dzięki audycji radia TOK FM. Niestety, nie ma jej obecnej ani w telewizji, ani na billboardach. Dlatego zachęcam każdego, kto przegląda mojego bloga, do zafundowania sobie dobrego obiadu w tą niedzielę. Najlepiej ze znajomymi. 

niedziela, 30 listopada 2008

Rekama a zaufanie społeczne

      Gdy zastanawiamy się nad reklamą, nachodzą nas najczęściej negatywne odczucia. Truizmem wręcz wydaje się stwierdzenie, że jesteśmy nią bombardowani praktycznie zewsząd, uodparniając się tym samym na jej wpływ. O ile z pierwszą częścią tego zdania nie wypada się nie zgodzić, o tyle druga wynika raczej z pragnienia wiary w sprawowanie kontroli nad własnymi decyzjami. Co więcej, taki sposób myślenia sprawa, że stajemy się bardziej bezbronni wobec serwowanych nam przekazów. Szczególnie jeżeli są one skonstruowane w sposób umiejętny, czyli angażujący przede wszystkim emocje, a dopiero później (lub może wcale) racjonalne myślenie.

      Proponuję jednak odłożyć na bok kwestię tego, jakie warunki musi spełniać kampania marketingowa, by wywierała pożądany efekt (najczęściej zwiększenie sprzedaży), a zająć się jej możliwym wpływem na społeczeństwo. Przyczynkiem do rozważań w tym temacie było kilka artykułów, które ukazały się w miesięczniku „Marketing w praktyce (nr 127, wrzesień 2008). Stawiane w tym numerze za wzór metody promocji danej marki lub produktów przez nią oferowanych, skłoniły mnie to refleksji nad oddziaływaniem reklamy w szerszym aspekcie niż tylko ekonomicznym. Wiadomo bowiem, że niemalże zawsze odwołuje się ona do jakichś wartości lub norm, starając się na ich tle pozycjonować dany obiekt, a także używa różnych technik, mających na celu dotarcie do potencjalnego klienta.

      Wyżej wspomniane metody opierają się głównie na sprawieniu, aby "konsument stał się żywym nośnikiem reklamowym, który poda [...] komunikat do swoich znajomych"*. Istotne jest tutaj, aby "kampania taka była nieinwazyjna i pozwalała, by sam użytkownik się w nią sam angażował"*. W skrócie, chodzi o stworzenie warunków do zaistnienia tzw. marketingu szeptanego, gdzie informacje o produktach przekazywane są z ust do ust wśród grupy koleżeńskiej. Dzięki takiemu systemowi poleceń, produkt zyskuje na wiarygodności, a firma nie ponosi kosztów dotarcia do potencjalnego klienta. Paradoksalnie można rzec, że najlepszą reklamą jest brak reklamy, bo opinii osób zaufanych nie postrzega się w kontekście reklamy.

      Co jest w tym złego? Nic, dopóki chodzi jedynie o subiektywne opinie znajomych. Potencjalne zagrożenie kryje się w stwierdzeniu o braku reklamy jako najlepszej jej formie. Korzystanie z kanałów komunikacji, które nie uchodzą za nośniki treści reklamowych, jest wcieleniem tego stwierdzenia w życie. Znajomi, blogi (http://blogvertising.pl/), "merytoryczne" artykuły w gazetach (artykuły sponsorowane) czy pewne sytuacje społeczne, w których nie przechodzi przez myśl, że pada się ofiarą promocji jakiejś marki, są właśnie takimi kanałami.

      Idealnym przykładem powyższego myślenia jest kampania marketingowa "MTV Cribs"**. Agencja reklamowa, która miała wypromować nowy program MTV, polegający na pokazaniu wnętrz domów popularnych gwiazd, wpadła na genialny pomysł. W najbardziej uczęszczanych przez młodzież miejscach Warszawy i Krakowa rozrzuciła 4000 imitacji kluczy Mariusza Pudzianowskiego i Sidneya Polaka. "Kiedy szczęśliwy znalazca zdecydował się na telefon (zamieszczony na breloku - przyp. Łukasz), słyszał głos Sidneya bądź Pudziana, który mówił >>Cześć, tu Mariusz Pudzianowski, nie mogę teraz odebrać. Ale jeżeli przez przypadek znalazłeś moje klucze... możesz mnie odwiedzić. Zapraszam. A... i oczywiście czeka na ciebie znaleźne. Wejdź na www.mtv.pl/cribs i jako hasło wpisz mój numer telefonu. Do zobaczenia u mnie w domu<<. Następnie inny głos zdradzał szczegóły programu"**.

      To, co zachodzi w tych wszystkich przypadkach, to eksploatacja zaufania, które jest podstawą dobrze funkcjonującego społeczeństwa. Aby zapobiec erozji na tym polu, państwo tworzy przepisy prawne. Nie jest jednak w stanie ująć w ramy legislacyjne wszystkich potencjalnych możliwości. Nietrudno sobie wyobrazić co będzie, jeżeli w działaniach marketingowych zacznie się intensywnie wykorzystywać takie cechy, jak życzliwość, współczucie, chęć pomocy czy wiarę w ludzką bezinteresowność. Warto się nad tym zastanowić.

* Mirosław Połyniak "Pogadać przy reklamie", Marketing w praktyce, nr 127, wrzesień 2008
** Maciej Klimek "Klucz do domów sławnych", Marketing w praktyce, nr 127, wrzesień 2008

niedziela, 28 września 2008

Rodzić po ludzku

      Dzisiejszy post chciałbym poświęcić idei fundacji "Rodzić po ludzku" oraz organizowanym przez nią akcjom. Ostatnia z nich odbyła się w 2006 roku i przyniosła wiele informacji o faktycznie świadczonych przez poszczególne szpitale usługach, w zakresie warunków porodu oraz opieki poporodowej. Uzyskana w ten sposób wiedza pomoże przyszłym matkom w wybraniu odpowiedniego miejsca, w którym przyjdzie na świat ich dziecko. Dziecko urodzone po ludzku, czyli przy współudziale kobiety w podejmowaniu decyzji, w jaki sposób ma przebiegać ten jeden z najważniejszych momentów w jej życiu, w atmosferze życzliwości ze strony personelu i przestrzegania wszystkich praw pacjenta.

      Fundacja powstała po pierwszej, niezwykle wpływowej akcji społecznej (1994/1995), kiedy ludzie po raz pierwszy zetknęli się z tytułowym hasłem niniejszego posta: "Rodzić po ludzku". Przyczyną do jej podjęcia były liczne głosy kobiet, domagających się lepszego ich traktowania w końcowym etapie ciąży i jej rozwiązaniu. W akcji wzięło udział prawie 15 tys. młodych mam, około 100 dziennikarzy oraz, poprzez wypełnienie ankiet, 418 ordynatorów. Podsumowując, łącznie w czasie dwóch lat trwania całego przedsięwzięcia, opisano 439 oddziałów położniczych, co daje 96% istniejących wówczas w Polsce placówek zajmujących się opieką okołoporodową. Zmiany, jakie nastąpiły w trakcie trwania akcji oraz po jej zakończeniu, były zauważalne. Rodzące przestały być traktowane w sposób przedmiotowy, ciasno skrępowane gorsetem medycznych procedur, a stały się w większym stopniu partnerkami w procesie podejmowania decyzji.

      Mimo sporego sukcesu w zmianie podejścia personelu oraz publikacji "Przewodnika po szpitalach położniczych", daleko było jeszcze do osiągnięcia zamierzonego celu. Dlatego odbywały się kolejne edycje - druga po pięciu latach i kolejna, po takim samym czasie. Zawsze towarzyszy im duży odzew w mediach, liczne audycje radiowe oraz programy publicystyczne poświęcone warunkom porodu. Ostatnia z akcji odbyła się w roku 2005, zaś raport z niej pojawił się pod koniec 2006 roku. Jaki jest zatem współczesny stan opieki okołoporodowej w Polsce w świetle akcji "Rodzić po ludzku"?

1. Swoboda rodzenia. W zaledwie 5% szpitali rodząca może wybrac pozycję, w jakiej chce urodzić; kobiety rodzą w innej pozycji niż leżąca lub półleżąca; w I okresie porodu kobieta może swobodnie chodzić, pić lub brać kąpiel. W pozostałych placówkach swoboda jest ograniczana lub wręcz uniemożliwiana, a pozycja rodzenia jest najczęściej narzucana jako jedna z dwóch klasycznych, wymienionych powyżej. Bez braku tej swobody kobieta czuje się jak przedmiot, a wokół niej dzieją się rzeczy, na które nie ma najmniejszego wpływu.

2. Obecność bliskiej osoby. 65% szpitali umożliwia dowolnie długą obecność bliskiej osoby bez żadnych opłat i dodatkowych warunków, jednak w prawie 14% placówek są prowadzone opłaty za poród rodzinny w pojedynczej sali, a także z powodu obecności bliskiej osoby na sali ogólnej. W pozostałych placówkach obecność innych w tej ważnej chwili jest wykluczona, a to przecież niezwykle ważny momemt także w życiu ojca. Nie wiem czy osobiście zniósłbym oglądanie porodu i czy bym chciał widzieć bóle mojej żony, ale taka bezpłatna możliwość powinna być zapewniona.

3. Kontakt z dzieckiem bezpośrednio po porodzie. Tylko w 7,5% szpitali mama może przytulić dziecko zaraz po jego urodzeniu przez dłuższy czas; pierwsze karmienie piersią odbywa się w sali porodowej, a mama ma ponowny kontakt z dzieckiem po oględzinach. W ponad połowie placówek dziecko ma kontakt z matką po porodzie tylko na kilka minut, w przerwach między oględzinami i ważeniem, a noworodek powraca do matki na pierwsze karmienie. Chyba nie trzeba podkreślać, że pierwsze chwile kontaktu, mimo iż nie pamiętane przez dziecko w późniejszym okresie, są niezwykle istotne dla nawiązania dobrej więzi.

4. Pomoc i wsparcie po porodzie. Kobiety często skarżyły się na brak pomocy w pielęgnacji dzieci, sprzeczne rady dotyczące karmienia piersią, lub ich brak, a także na ignorowanie takich problemów jak "baby blues" czy nawał mleczny. Olbrzymim problemem jest zbyt mała ilość personelu na oddziałach położniczych i noworodkowych. Dominuje poczucie osamotnienia i dezorientacji. Widoczny jest także brak odpowiedniego przygotowania oraz dobrych chęci ze strony opieki.

5. Edukacja i położnictwo. Edukacja przedporodowa, czyli popularne szkoły rodzenia, oraz poradnictwo laktacyjne, dotyczące problemów związanych z karmieniem piersią, kuleje w prawie 70% placówek. Odkąd działalność tych instytucji nie jest refundowana przez Narodowy Fundusz Zdrowia, ich dostępność znacznie spadła - albo ich w ogóle nie ma albo trzeba dodatkowo płacić. Kobiety są więc pozostawiane bez wiedzy, co w jeszcze bardziej potęguje braki poprzedniego punktu.

      Jak zatem widać, obraz opieki okołoporodowej w Polsce nie należy do pozytywnego, choć z pewnością jest lepiej, niż było wcześniej. Paradoksalnie, wyniki akcji "Rodzić po ludzku" wskazują, że w roku 2000 szpitale osiągały lepsze wyniki niż w roku 2006, a może i aktualnym Trzeba jeszcze wiele zrobić, by model postepowania w stosunku do rodzących kobiet oraz roztaczanej nad nimi opieki przed, w trakcie i po porodzie był zgodny z zaleceniami Światowej Organizacji Zdrowia oraz UNICEF. Ciekaw jestem, jakie doświadczenia w tej kwestii mają matki, które być może czytają tego bloga, a także co sądzą na ten temat dziewczyny, które rodzinę planują. Ach, jeszcze jedno, na przyszłość:

Dekalog Rodzenia po Ludzku

1.   Kobieta rodząca ma prawo do życzliwej, serdecznej opieki oraz do szacunku ze strony personelu. Ma też prawo do pełnej informacji.
2.   Kobieta ma prawo wyboru miejsca urodzenia dziecka.
3.   Przyszli rodzice powinni mieć możliwość przygotowania się do porodu w szkołach rodzenia.
4.   To kobieta decyduje o sposobie, w jaki urodzi swoje dziecko.
5.   Kobieta ma wpływ na środki i zabiegi stosowane podczas porodu.
6.   Poród jest "wydarzeniem" intymnym.
7.   Poród to wydarzenie rodzinne. Kobieta ma prawo do tego, by towarzyszył jej ktoś bliski.
8.   Od pierwszych chwil po porodzie zdrowy noworodek powinien przebywać z matką.
9.   Kobieta i dziecko mają prawo do kontaktu z rodziną.
10. "Rodzenie po ludzku" powinno być dostępne w ramach ubezpieczenia.